kol1

Nie mogę przyzwyczaić się do nazwy „znaczek”, a to z tego powodu, że zarówno moja, jak i rodzinna kolekcja, została zainaugurowana w Czechach 10 lat temu i przez ładnych kilka lat ograniczała się do znaczków z Czech i ze Słowacji. Stąd nagminnie mówię: „známka”. Początkowo nie zwracałem uwagi na drewniane krążki spotykane w schroniskach i muzeach. Ot – pomyślałem – kolejny turystyczny gadżet, jakich wiele, a mieszkanie i tak mamy zagracone.

Z kolekcjonerstwem jednak często tak bywa, że zanim „zaraza” się w człowieku rozwinie, musi trochę potrwać, musi nastąpić impuls, który doprowadzi do wybuchu „choroby”. I tak się stało, kiedy odwiedziliśmy schronisko Rýchorská bouda. Schronisko jak schronisko. Szczerze powiedziawszy – jeśli chodzi o bufet – chyba najgorszy w całych Czechach, przynajmniej wtedy. Kawa, herbata i … zupki instant w torebkach. Na normalny posiłek nie było wtedy co liczyć. Ale za to jakie piękne kośne górskie łąki wokół. Można siedzieć godzinami i nic nie robić, tylko wdychać zapach i podziwiać kwiaty. Opodal schroniska można było jednak spotkać coś, co dla człowieka z nizin może być ciekawostką. Na łąkach pasło się kilka krów rzadkiej u nas wyżynnej rasy szkockiej. Dość powiedzieć, że krowy te mają wielkie rogi i gęste długie futro, co bardziej upodabnia je do jaka niż do powszechnie znanej mućki. Przy płocie stał młody cielaczek przypominający niedźwiedzia z kopytkami. Czochraliśmy go i głaskaliśmy kilkanaście minut. Na pierwotnej wersji známki ze schroniska widniał właśnie wizerunek owej krowy. I tak to się zaczęło. Po dwóch latach zawadziliśmy o Rýmařov. Tu zapadła decyzja, że moglibyśmy uzupełnić swoją kolekcję o znamki z miejsc, które kiedyś odwiedziliśmy, ale wówczas známek tam nie było albo jeszcze nie byliśmy chorzy na „znamkozę postępującą”. Podczas kolejnych wakacji zawadziliśmy o przepiękny zamek Bouzov, w którym znajdowała się wystawa známek z całego świata. Tu także można było uzupełnić kolekcję czeskich krążków. Mniej więcej w tym samym czasie dowiedzieliśmy się, że známkowa „epidemia” przekroczyła granice Czech i Słowacji i trafiła do Polski. Zaczęło się intensywne poszukiwanie dowodów, że w pewnych miejscach przecież już byliśmy, więc warto by mieć polskie znaczki. Kulminacją był tegoroczny urlop w… Złotym Stoku i Kotlinie Kłodzkiej, gdzie w terenie uzupełniliśmy swoją kolekcję o kolejne kilkanaście známek, mieliśmy przyjemność odwiedzić siedzibę polskich Znaczków Turystycznych i poznać Szefa firmy. Planując wakacje, nie kierujemy się w pierwszej kolejności miejscami znaczkowymi, bo dla nas na pierwszym miejscu zawsze są turystyka, krajoznawstwo, a kolekcjonerstwo jest efektem ubocznym. Uwielbiamy jednak podróżować po Czechach, bo to kraj wybitnie przyjazny turystom pod wieloma względami. Nie ma więc siły , żeby z urlopu w Czechach nie przywieźć co roku kilkudziesięciu nowych krążków. Zdajemy sobie sprawę, że choć w Polsce będzie przybywać miejsc „naznaczonych”, w niektóre rejony zapewne nigdy nie zajrzymy. Świat za duży, życie za krótkie. Ale jeśli tylko w okolicy naszych wędrówek pojawia się charakterystyczny symbol róży wiatrów, na pewno zboczymy z zaplanowanego szlaku (np. do Paczkowa), żeby powiększyć naszą kolekcję. Obecnie osiągnęliśmy sześć setek numerowanych, rocznicowych, noworocznych i specjalnych známek. Jeszcze na ścianie jest trochę miejsca!